Tymczasem jest jak jest, po prostu – o jakości życia i podartym dresie

Tymczasem jest jak jest, po prostu - o jakości życia i podartym dresie

Tymczasem wyszczerbione filiżanki, niewygodne kanapy i wyciągnięty dres. Tylko na chwilę, na miesiąc, na dwa. Nie ma sensu tego zmieniać – jak tylko kupię mieszkanie przyjdzie czas na jakość:  posiłki będą instagramowe, spanie po królewsku, a skład szafy wymienię jak pójdę do nowej pracy!  Za jakiś czas, jeszcze tylko trochę.

Potem, w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach ten „jakiś czas”  wydłuża się jak kolejka w Lidlu — godziny zamieniają się w miesiące, dni w lata i wszystko zostaje po staremu. Po co ubierać sukienkę, jeśli nie ruszasz się poza granice kanapy? Jaki sens ma kupowanie nowych ubrań, kiedy jesteś na diecie cud (żrem i czekam na cud)? Na jaką cholerę malować brudną białą ścianę w wynajmowanym mieszkaniu, z którego kiedyś tam się wyprowadzisz? Po co ładnie podawać posiłek skoro to tylko zwykły wtorkowy obiad?

Przecież to tylko kwestia czasu. Tydzień, dwa, no w najgorszym wypadku rok. Do nowej pracy, do nowego mieszkania, do niedzielnego obiadu. Cała zabawa ma mały haczyk –  kiedy te chwile nadchodzą i tak nic się nie zmienia, bo zaraz będą kolejne chwile, do których trzeba odliczać minuty. I tak w kółko, i w kółko.

Czy naprawdę przyjdzie lepsza chwila? 

Dzisiejszy dzień nie jest wyjątkowy. Właściwie to żaden nie jest, bo nawet wyjątkowe dni powszednieją.Znasz to uczucie? W końcu nadchodzi TEN dzień i nagle uświadamiasz sobie, że nie ma w nim niczego wyjątkowego. Zasmucające, ale lepszy czas to pic na wodę-fotomontaż. Nie ma dobrego momentu, żeby przestać myśleć w kategorii „na razie niech będzie tak, jak jest”. Dlatego to takie zabawne, że spędzamy większość swojego życia na ciągłym czekaniu. Może wynika to z historycznych sentymentów do PRL-owskich kolejek? Halo, miłośnicy kolejkowania, jesteście tu? Odnoszę jednak wrażenie, że nie lubimy czekać. Poprawcie nieświadomą babę, jeśli się myli, ale przysięgam na mały palec – nie słyszałam, żeby ktoś, kto otrzymuje numerek sto pięćdziesiąt na liście oczekujących, mówił „to tylko na chwilę, za pięć godzin wejdę, nie muszę się denerwować”. Obce mi są wydźwięki tymczasowości przy ladzie w mięsnym. Czy ktoś kto ma zamiar zrobić spaghetti, na widok pustej przegródki z mielonym — macha ręką i mówi: przecież jutro będzie! Wolimy raczej na już, na szybko, bo czas to pieniądz, a największa strata, to właśnie strata czasu. Skąd więc pomysł tracenia rzadkiego zasobu i życia gorzej skoro można lepiej?

Tymczasem jest jak jest, po prostu

Goście nie przychodzą — więc nie ma ani dla kogo ładnie ugotować, ani się ubrać, ani wyciągnąć tych lepszych kubków. Kurczęta, mnie też to dopadło. Niczym gazela zwinnie przeskoczyłam w podarty na dupie dres. Powiem więcej – dumnie wciągam go na siebie codziennie po przebudzeniu, chociaż czuję się w nim niesamowicie rozlazła i pozbawiona chęci do działania. Z szafy zalotnie zaczepia mnie wygodna sukienka gotowa w każdej chwili zastąpić zdezelowane dresiwo, ale zamykam drzwiczki – dzisiaj nigdzie nie wychodzę. Potem sadzam szanowny pośladek na niewygodnym krześle, przy zbyt małym biurku, które każdego dnia przyprawia mnie o mini zawał — laptop i kubek z herbatą są na nim w zatrważająco bliskiej relacji. Herbata gotowa jest w każdej chwili wylewnie okazać swoje uczucia elektronicznej sympatii. O wciśnięciu zeszytu między tę dwójkę nie ma mowy. Dlatego gnieździ się na moich kolanach, a ja nienaturalnie wginam kręgosłup w pozycji „na strusia”.

Najgorsze co można zrobić – dać sobie przyzwolenie i pogodzić się z tym pozornie chwilowym stanem rzeczy, bo wiesz, nigdy nie masz stu procentowej pewności, że tymczasowa sytuacja się zmieni. Możesz utknąć w dresie i na niewygodnym krześle ładnych kilka lat. Daj spokój, weź zmień zasady postaw na jakość już dzisiaj.