punkt zwrotny - rozwój i myślenie

Na pewno Ci się nie uda, jeśli tego w sobie nie zmienisz

by lekkaprzesada-
na-pewno-ci-sie-nie-uda

Lekka przesada to blog, który powstał gdy zrodziła się we mnie potrzeba zmiany. Nie daję tu gotowej recepty na zmiany, raczej zabieram w podróż przez mgliste zakamarki tego procesu i pokazuję jak to wygląda u mnie. Z wątpliwościami i chwilami radości, bo proces zmiany taki jest.

Postanowiłam, że chcę zachęcać do pozytywnego życia, ale nie jestem ani urodzoną optymistką, ani pesymistką, raczej czymś pomiędzy. Nie lubię narzekania i chociaż wiem, że wątpliwości i zawahania nie wchodzą w te kategorie, to jakoś dziwnie czuję się poruszając te kwestie na blogu. Wiecie, tak w myśl „Kogo to obchodzi? Dawaj mnie ten lukier i dawkę inspiracji”, ale zmiana to nie tylko kolorowe konfetti wyrzucane w powietrze każdego poranka i w dobie wszechogarniającej idealności warto o tym pamiętać. Dlatego dzisiaj podrzucam coś do przemyślenia 😉 

Kto jest dla Ciebie największą przeszkodą? 

Może to brzmi jak zachęta do wyciągnięcia wiatrówki ze stodoły dziadka i wystrzelania wszystkich odpowiedzialnych za niepowodzenia, ale niezależnie ile osób zlikwidowalibyśmy w ten sposób nadal największym kołkiem na drodze będziemy my sami. Można zrzucać winę na niesprzyjające okoliczności, upierdliwych wykładowców czy niezbyt bogatych rodziców, ale co by nie mówić, naprawdę bardzo dużo zależy od nas. 

przeszkody

Proszę Pani, Pani musi

W czerwcu obroniłam pracę dyplomową. Tupałam nogami z radości na myśl, że w końcu skończę studia do których nie czułam absolutnie nic poza powinnością. Tak, nie lubiłam moich studiów. Nawet bardzo. Zaczęłam to rozumieć po pierwszym roku, a przyznałam to przed sobą po skończeniu drugiego. Zaraz, zaraz. Przez dwa lata tkwiłam w czymś co nie sprawiało mi przyjemności i nie rzuciłam tego w diabły? Tak, dokładnie tak. Nie zrezygnowałam, bo się bałam. Panicznie bałam się reakcji otoczenia, rodziny, wszystkich wokół, a chyba najbardziej swojej własnej. Miałam idealną wizję swojego życia, a w nią wchodziło skończenie studiów bez potknięć. Inni mogli zrezygnować – okej, dopingowałam i wspierałam. Rozumiałam , że każdy może popełnić błąd, ale ja przecież nie mogłam. 

Studia skończyłam, ale dopiero podczas obrony odebrałam najważniejszą lekcję.  Wylosowałam pytania, które czytałam na kolanie o trzeciej nad ranem.  To były te najnudniejsze, które miały magiczną moc usypiania i odwlekałam ich naukę w nieskończoność. Wszystkie te perełki wylosowałam na obronie. Byłam pewna, że nie znam na nie odpowiedzi, chciałam grzecznie poddać się, podziękować za uwagę i wyjść, ale tego nie zrobiłam. Wstrzymałam płacz i zaczęłam mówić. Obroniłam się na piątkę. Komisja chwaliła moją pracę, komplementowała wiedzę, w ich mniemaniu ogromną i wszechstronną, a nagle, wśród barwnej serii zachwytów, jeden z egzaminatorów przybrał poważny wyraz twarzy i powiedział:

Pani Magdaleno, Pani musi pracować nad sobą. Pani jest błyskotliwa, mądra. Ma Pani ogromną wiedzę, a kuli się przed nami jak mała dziewczynka. Zjada Panią stres. Gdzie jest jakakolwiek pewność siebie? To Panią zgubi, ma Pani szansę dużo osiągnąć w życiu, ale ten stres Panią zgubi, a naprawdę szkoda by było. Nie wszyscy będą wyrozumiali. Niech Pani o tym pamięta.

przeszkody

Czy jesteś trochę mną? 

Generalizując, chyba wiele z nas może wstawić do tego cytatu swoje imię, bo przecież  nie jestem wyjątkowym egzemplarzem i nie tylko ja tak się ze sobą czuję. Czujemy się niewystarczająco dobre, żeby coś zrobić, niewystarczająco ładne do zdjęcia, niewystarczająco mądre. Czasami mówimy, że coś stoi nam na przeszkodzie, a tak naprawdę to my sami zagracamy sobie przejście milionem wymówek. Nie realizujemy pomysłów, które rodzą się w naszej głowie, bo boimy się jak zareaguje na to otoczenie, tkwimy w toksycznych związkach, bo trwają już długo i trudno będzie znaleźć kogoś innego. Oczywiście są sytuacje kiedy trzeba odłożyć w czasie działanie, gdy  na przykład nie mamy na to odpowiednich środków nie ma większego sensu parcie na oślep i zadłużenie się na resztę życia. Czasami pojawia się choroba, która wszystko hamuje, ale to nie oznacza, że trzeba przekreślić całe swoje życie.

Na pewno Ci się nie uda

Weź w siebie uwierz. Jakkolwiek górnolotnie i kołczowsko to brzmi.  Serio, świadomość, że zaprzepaszczasz swoje życie tylko dlatego, że czujesz się niewystarczająco dobry, czy zawsze gorszy od innych to kiepskie uczucie. Niektórzy od początku idą do przodu gładko jak nóż w masło i nie mają żadnego problemu z tym jak postrzegają ich inni i to nie jest wymówka, że Ty tak nie masz.  Są też tacy, którzy ciągle nad tym pracują (podobno uczucie, kiedy poczujesz się niezależny od opinii innych jest nie do opisania), zupełnie nieistotne do której grupy nam bliżej.

Ważne jest, że na końcu swoje życie przeżywają tak jak sobie to wymarzyli Ci, którzy znają swoją wartość. Tacy, co uwierzyli w siebie i pokonali swoją największą przeszkodę – wewnętrznego krytyka. Jeśli też to zrobisz na pewno Ci się uda.

  • pia

    Jestem bardzo ostrożna przy takiej retoryce. To trochę jak mówienie, że żeby inni pokochali ciebie, najpierw musisz sam siebie pokochać, a tymczasem ty walczysz o choćby okruch pozytywnej myśli względem samego siebie i teraz się właśnie dowiadujesz, że nie dość, że ty sam siebie nie lubisz, to jeszcze z tego samego powodu nie będzie cię lubił nikt inny. Nie spoko.

    Ja mam na to inne spojrzenie, które koniec końców sprowadza się do tego samego, ale wydaje mi się, że jest trochę delikatniejszym obejściem się z samą sobą. Opiera się na tym, że tak łatwo jest dawać rady innym, a tak trudno je potem wcielić w życie w podobnej (identycznej) sytuacji. Więc patrzę na siebie z boku. Dla siebie jest łatwo znaleźć tonę wymówek. Dla laski na krześle obok już nie. Więc tłumaczę sobie, że gdybym patrzyła nie na Olę, tylko na Kasię, to bym jej powiedziała, że ma zrobić to i to. A potem to (powiedzmy) robię.

    Może to trochę uciekanie przed sobą, bo sprowadza się do pokazywania rozwiązań, a nie rozumienia źródła problemów, ale jeżeli sytuacja jest krytyczna, to wolę rozsupłać węzeł niż zastanawiać się, jak to się stało, że on się w ogóle znalazł na mojej szyi.

    W każdym razie, masz rację. Dużo problemów bierze się ze złego podejścia do spraw. Albo z niewiary w siebie, albo znowu z wiary ponad miarę (tak też). Dobrze wiedzieć, że to nie koniecznie świat jest przeciwko nam, tylko czasami my sami też. Tylko znowu: na taki autocios trzeba być przygotowanym.

    A tak swoją drogą! Bardzo ładnie, że ten pan powiedział do Ciebie „Magdaleno”. Niesamowicie mnie wkurza, kiedy przedstawiam się komuś „Aleksandra”, a potem on mówi do mnie „Ola”. No nie. Po prostu nie.

    • Masz racje. Niektórym takie powiedzenie wprost „Problem leży w Tobie” może nieźle namieszać w głowie. Wszystko zależy od człowieka i ze wszystkiego trzeba wybierać to, co dla nas jest najlepsze i nam pomoże. Nie ma uniwersalnego rozwiązania dla wszystkich. Rozumiem Twoje spojrzenie, bo sama stosuję je pisząc teksty – zastanawiam się, co doradziłabym sobie w takiej a takiej sytuacji, patrząc na jakąś sprawę czy problem z dystansem i myślę co bym sobie powiedziała. Sobie albo na przykład przyjaciółce, gdyby przyszła do mnie z takim problemem

      Wolisz, kiedy ktoś zwraca się do Ciebie pełnym imieniem? Dobrze, że mówisz, bo pewnie w rozmowie z Tobą szybko przeskoczyłabym na „Olu”. Dla mnie to nie odgrywa tak dużej roli. Sama zawsze przedstawiam się „Magda” nie „Magdalena”. Właściwie mało kto mówi do mnie „Magda”, są to raczej jakieś pochodne zdrobnienia i czasami łapie się na tym, że rozmyślam, czy ktoś, aby przypadkiem nie jest na mnie zły, kiedy mówi do mnie „Magda” 🙂

      • pia

        Z tym imieniem to nie do końca tak. Lubię Olę, mówi tak na mnie rodzina i większość przyjaciół. Ale mam powody, żeby przedstawiać się pełnym imieniem i jeśli to robię, to dlatego że chcę, żeby tak na mnie mówiono. Dlaczego taki ktoś zakłada, że lubię Olę? Z Aleksandrem jakoś nikt nie ma takiego problemu i jeśli chłopak się tak przedstawia, to wszyscy tak na niego mówią i nik nie robi z niego Olka.
        A powody, żeby się przedstawiać jako Aleksandra, mam głównie dwa.
        Po pierwsze nie cierpię spoufalania się (mam to po mamusi; i po tatusiu). Nie cierpię, jak robią to panie w sklepie, studenci, ale też profesorowie. Zwłaszcza profesorowie. Mam dość duży problem z byciem ładną dziewczyną w nauce, nie potrzebuję jeszcze tego. I to takie upupianie też. Więc jeśli piszę maila do profesora i podpisuję się jako Aleksandra, a on do mnie odpisuje zaczynając „pani Olu”, to czuję niesmak. Po prostu.
        Po drugie nie zliczę, ile razy słyszałam żart „Hola Ola” – minusy mieszkania za granicą. Więc nauczona doświadczeniem przedstawiam się jako Aleksandra. Potem ludzie robią z tego Alex i wszystko gra. Ale jeśli w takim towarzystwie trafi się Polak, to robi się zamieszanie. I czasami ludzie pytają o to zdrobnienie, ale i tak zostajemy przy Aleksandrze. Prostsze życie.
        I ja wiem, że ludzie najczęściej nie mają złych intencji. Ale no właśnie.

        • Ola jest już typowym zdrobnieniem, Magda funkcjonuje jako osobne imię i właściwie nie traktuję tego jak zdrobnienia 🙂 Oczywiście rozumiem Twoje stanowisko i będę zwracała większą uwagę na to jak ktoś mi się przedstawia 🙂

  • Marta

    Z cyklu: czytam wpisy Magdy zamiast pracować :). O tym, że jestem swoją największą przeszkodą, słyszałam już chyba od każdego, kto mnie poznał. Choruję na ten potworny brak wiary w siebie, który objawia się:
    -mówieniem przed działaniem, że na pewno mi się nie uda,
    i nieco milszym:
    -płaczem szczęścia z niedowierzania, gdy okazuje się, że jednak się udało.
    Czuję, że wykładowca miał rację. Miałybyśmy szansę o wiele więcej osiągnąć, gdybyśmy wyszły z tego nieznośnego, uporczywego „wiem, że nic nie wiem”, które w tym przypadku wcale nie jest zgodne z prawdą (skoro ludzie mówią, że jednak coś wiemy i to nawet całkiem sporo). Jednak uwolnić się od takiego myślenia wcale nie jest łatwo. Więc uznaję, że skoro niewiara w siebie nie blokuje mnie przed działaniem, to nie jest jeszcze tak źle :D. Ciekawe, że nie istnieje tu taka liczba sukcesów na koncie, która pozwoliłaby sobie powiedzieć: tak, mam to, wcale nie muszę się chować i nie wierzyć w siebie, bo jednak coś mi w życiu wyszło…

    • Miło być Twoją odciągaczką od pracy 🙂 Na pewno byłybyśmy spokojniejsze z innym podejściem do zadań i wiarą w siebie, ale tak jak mówisz, dopóki nie blokuje to w ogóle przed działaniem nie jest najgorzej. Hmmm, myślę że to nie kwestia ilości sukcesów, bo zawsze znajdzie się coś jeszcze i jeszcze wyżej. To przekonanie siedzi gdzieś w środku…

  • Pingback: YesWeekend#6 – krótki przegląd minionego tygodnia | lekka przesada()