„Furia mać!” – książka bez kompromisów

furia

Jednym z moich celów na ten rok jest czytanie jeszcze większej ilości książek. W zeszłym roku udało mi się przeczytać 33 pozycje. Dużo czy nie? Pewnie na twarzy niektórych z Was pojawia się teraz uśmiech,  dla mnie to jednak całkiem sporo. Dwa lata temu liczbę książek, które udało mi się przeczytać w ciągu roku, można było policzyć na jednym palcu. Uwielbiam czytać. Od zawsze pochłaniałam ogromne ilości książek, ale w liceum, a potem na studiach czytać przestałam. Tłumaczyłam to sobie brakiem czasu, chociaż teraz myślę, że był to raczej brak chęci i szukanie wymówek. W 2017 mam zamiar jeszcze polepszyć swój wynik. Oto jest związany z tym celem nowy cykl wpisów: „Środa z książką”. Ostatnio pojawiła się recenzja „Lekcji Madame Chic”, dzisiaj bierzemy na tapetę książkę Sylwii Kubryńskiej – „Furia mać!”

Furia mać!

Pierwsze czego nie można powiedzieć o tej książce to to, że jest poprawna politycznie. Autorka rzuca wyzwanie całej naszej polskiej rzeczywistości. Trzeba przyznać, że jest to diagnoza jak najbardziej trafna. Z większością komentarzy po prostu nie da się nie zgodzić. Tak więc obrywa się wszystkim: politykom, kościołowi, szefom, przyjaciółce, ciotce Jance. Każdemu bez wyjątku, ale nie ma co się dziwić. Furia nie szczędzi ofiar. Furia jest lepsza niż łzy. 

Kiedy ktoś jest  w furii, musi się napić, podlać swoją frustrację, zamienić łzy bezsilności w obłęd, bo z obłędem każdy czuje się bezpieczniej niż ze łzami. To nic, że lecą krzesła i talerze, to nic, że ogólna demolka i straty. Z jakiegoś powodu ludzie wolą zniszczyć meble niż się popłakać

 Emocje

„Furia mać” jest tak naładowana emocjami, że czyta się ją praktycznie na jednym tchu. Są to emocje zdecydowanie negatywnie, a z każdą kolejną stroną te uczucia się nawarstwiają i nawarstwiają, aż w końcu łapiesz oddech, bo… zaczyna się kolejny rozdział. Każda z nas ma swoje dwie wersje: jedna opanowana i rozsądna, druga emocjonalna i porywcza. Druga, oczywiście ma większą siłę przebicia i to ona częściej dochodzi do głosu, boleśnie spychając na bok pierwszą, to właśnie ona kolekcjonuje złe emocje i jest cały czas spięta. Potem żałuje słów wypowiedzianych w gniewie. Brzmi znajomo?

Negatywne emocje są w nas. Zbieramy je w sobie z każdą kąśliwą uwagą ciotki przy świątecznym stole i pozostawionej przez chłopa na środku pokoju skarpetce. One nas potem od środka rozsadzają i kopią, próbując wyjść, a kiedy im na to nie pozwolimy — wybuchamy nieokiełznaną furią przy najmniejszych problemach. Bólu jakoś trzeba się pozbyć.

Bądź dzielna, bo wszystkim to dużo bardziej pasuje, kiedy jesteś dzielna i nie zawracasz dupy.

Jaka jest ta furia? 

Ta książka jest mocna. Wyraża wszystkie przekleństwa wypowiadane pod nosem i złe myśli, dlatego musi być mocna, lekkie słowa nie dałyby rady tego udźwignąć. Oto książka, która nie mówi do czytelnika: „Zastanów się, przemyśl”, ona krzyczy, jak jest. Bez kompromisów. Nie ma żadnego lukru ani posypki. Leje się za to alkohol i sok z cytryn, który wykrzywia twarz. Dowcip tutaj to specyficzna kwestia, ja śmiałam się, bo mam podobne poczucie humoru, ale nie gwarantuję, że i wam takie „pieprzne żarty” przypadną do gustu. Autorka nie przebiera też w wulgaryzmach i złośliwościach. Furia to furia, nie ma zmiłuj. 

Ludzie dzielą się na tych, co chcą mieć lepiej oraz na tych, którzy chcą, by inni mieli gorzej