książki i filmy

„Dziewczyna z Ajutthai” – książka z ładną okładką

by lekkaprzesada-
dziewczyna-z-ajutthai

Pozwolę sobie zacząć od wyjaśnienia jak właściwie trafiłam na tę książkę. Przypadkiem. Właściwie to nie przypadkiem, bo czy przypadkiem można nazwać to, że  codziennie rano czekając na autobus i codziennie po południu wracając tym samym autobusem, na przystanku widziałam plakat mojego wzrostu, czyli jakieś zaszczytne 170 cm czystej reklamy, z całkiem przyjazną dla oka okładką w ciepłych, egzotycznych kolorach, głoszącą, że niektóre opowieści zaczynają się tam, gdzie inne się kończą i nigdy nie jest za późno na zmianę, albo coś w ten deseń. Dałam się ponieść magii przystankowej propagandy i postanowiłam  przeczytać powieść, chociaż miałam spory problem ze sprecyzowaniem  jak poprawnie wymówić drugi człon tytułu.

Chociaż początek wydawał się obiecujący, potem to wszystko przerodziło się w jakieś niejasne dla mnie zagmatwanie. Z czystej ciekawości zerknęłam w przepaść Internetu, aby zobaczyć co myślą na temat tej powieści inni czytelnicy.  Czytając je, poważnie zastanowiłam się czy na pewno mówimy o tej samej książce.

Nieszablonowa historia, która bardzo odróżnia się od innych, przedstawiająca studium psychologii różnych typów ludzi. No cóż, jedyną nieszablonowym elementem jest jak dla mnie wyjazd do Tajlandii.  To bardziej oryginalne odnajdywać swoje powołanie w egzotycznym kraju niż nad swojskim Bałtykiem czy w górach, prawda? Reszta to typowy szablon: zwolnienie jako bodziec do zmian i refleksji nad życiem, refleksja, powrót do marzeń z młodości, realizacja, happy end. Nie żebym nie lubiła happy endów. Ten mnie po prostu denerwował. Jednak dużo bardziej denerwowało mnie mieszanie.

Właściwie to lubię mieszanie w książkach. W ogóle mieszanie jest dobre. Myślę, że znasz to uczcie smakowego spełniania, kiedy po zjedzeniu słonych orzeszków nagle nabierasz niemożliwej do ominięcia ochoty na czekoladę z dodatkiem czekolady, polaną sosem czekoladowym?
Tu jednak mieszanie było denerwujące, jak moment w którym Twój nos synchronizuje z mózgiem fakt, że do tramwaju wszedł Pan Menel.

Od samego początku widać było, że autorka próbuje stworzyć pewnego rodzaju swobodę i pisać językiem potocznym , tak żeby oswoić czytelnika, stworzyć przyjazną, niewymuszoną  relację. Przez cały czas jednak miałam wrażenie, że jest to sztuczne i pozorne, a już szczególnie przy  frazach  brzmiących  jak  skopiowane  z harlekina typu:  „wilgotne skrzydła jej motyla” , które miały prawdopodobnie na celu ukazać górnolotność kobiecego myślenia. Niestety, się nie udało. Bo czy nieudolne zestawienie sztywnego gorsetu z elastycznym stanikiem sportowym może dawać dobre efekty?

Niestety ta książka nie skłoniła mnie do żadnej refleksji. No może nad tym, że mam zdolności jasnowidzenia.  Podobno ma ukryte drugie dno, niestety chyba jestem jeszcze za słabym  pływakiem żeby do niego dopłynąć.

Gdybyście jednak chcieli kupić i przeczytać tę książkę, możecie porównać ceny wersji papierowej tutaj, a e-booka tutaj.

  • Marta

    Jezus Maria, ja też oceniam książki po okładce, ale ta by mnie nigdy w życiu nie zachęciła do przeczytania. Powiedz tylko, że nie wydałaś na nią swoich studenckich, ściskanych grosików! Właściwie jak na książkę bez sensu, wyszedł Ci całkiem sensownych rozmiarów post. Gratulacje!

    • Na szczęście nie wydałam. Korzystam z dobroci naszej Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej i oszczędzam na tym grube miliony 🙂
      Dziękuję za gratulację i gratuluję dobrnięcia do końca 🙂

  • Pingback: „Vogue. Za kulisami świata mody”- książkowa zemsta? | madziklarowo()