Stres mnie zjada. Co najgorszego może się stać?

Zjada mnie stres. Co najgorszego może się stać?

Stało się. Punkt „Lekka przesada” został w marcu osiągnięty. Zgadnijcie, kto przegrał walkę ze stresem? Tak, to byłam ja. Mam nieznośną skłonność do przejmowania się wszystkim i wszystkimi. Gdy wpadnę w tę spiralę, stresuje mnie absolutnie wszystko. Spóźniający się autobus, dźwięk budzika, spotkanie z koleżanką, zajęcia na uczelni, zbliżające się kolokwium, wiadomość na którą nie odpisałam. Potrafię dumać o tym, czego nie było, po prostu myślę o tym i wynajduję sobie kolejne „ale” aż w końcu zaczynam panikować.

Czym się przejmujesz?

Najgorzej kiedy ktoś mówi „Czym Ty się przejmujesz? Dlaczego nie możesz po prostu wyluzować?”. Wtedy stresuje się jeszcze bardziej, bo jak normalny człowiek nie umiem wyluzować. Mój mózg krzyczy: to są jakieś nieznaczące pierdoły- odpuść, a wtedy ciało odpowiada: nie mogę odpuścić! Czasami myślę, że po prostu mam ukrytą potrzebę kumulowania w sobie stresu całego świata. Wiem jak poważne ma to wszystko skutki. Moje ciało daje sygnały: boli mnie głowa, w gardle i żołądku mam ogromną kluskę, zaczynam robić afery o byle skarpetkę pod łóżkiem i ciągle chce mi się płakać. 

Wkurzają mnie takie gadki:  „Weź wyluzuj”. Ja naprawdę chciałabym „wziąć” i „wyluzować” tylko takie zwykłe poleżenie w wannie na mnie nie działa. Odcięta od wszystkich rozpraszaczy, sam na sam ze sobą i swoim myślami skupiam się tylko na tym co powinnam robić w czasie kiedy leżę bezczynnie i moczę tyłek. Stres, stres. Nie chcę być zestresowana przez całe życie. Nie chcę siedzieć, płakać i narzekać. Wiem, że muszę z tym walczyć. Dlatego zaczęłam szukać sposobu, który pozwoli mi sobie poradzić z tą nieznośną przypadłością. Powoli przygotowuję wpis na bloga o metodach radzenia sobie ze stresem. Na razie chcę się z Wami na gorąco podzielić swoim ostatnim odkryciem. 

Zwalczanie stresu 

Dużo o metodach zwalczania stresu dowiedziałam się w ostatni weekend na Food & Health Conference w Gdyni. Tak poza tematem: polecam to wydarzenie! Najważniejsza i podstawowa kwestia jest następująca: sposoby zwalczające skutki zaczną działać, dopiero gdy dokopiemy się do przyczyn. Prosty schemat: przyczyna – skutek. Żeby zlikwidować efekty musimy dojść do tego co je wywołało. Inaczej wykonamy całą robotę tylko chwilowo, a potem wszystko wróci do nas ze zdwojoną siłą. Źródło naszego stresu, jak wszystko inne,  zaczyna się w głowie. To do niej trzeba przemówić. Ciekawe jest, że  zazwyczaj wiemy co nas stresuje. Zbliżające się terminy oddania projektów, egzaminy, kolokwia, zadania w pracy, kłótnie w domu, poczucie braku czasu. Każdy ma gotową odpowiedź. Stresuje nas to, z czym mamy do czynienia na co dzień. Normalne sprawy, po prostu życie.

Często w głowie dodajemy do nich niestworzone historie i dorabiamy scenariusze, których realizacji chętnie podjąłby się niejeden hollywoodzki reżyser. Byłby z tego hicior, może nawet Oscary by się posypały? Nie wiem jak Tobie, ale mi nie pomagają gadki w stylu: Wyluzuj, po co się tym przejmujesz. Cholera. Przecież nie robię tego specjalnie, moje myśli same idą w ciemną stronę mocy. Znalazłam ostatnio sposób, który ułatwia mi radzenie sobie z tą lawiną stresujących myśli. To banalnie proste. 

Co najgorszego może się stać? 

Lubię gdybać na temat tego co może się stać. Może nie jestem wystarczająco przygotowana do tego egzaminu? A co, jeśli źle wykonam zadanie? O gdybanie się rozchodzi. Za każdym razem kiedy w mojej głowie pojawia się problem rozkładam go na czynniki pierwsze i zadaję jedno proste pytanie: co najgorszego może się wydarzyć, jeżeli faktycznie dojdzie do tego czego się boję?  Potem zapisuje to na kartce albo wyliczam w głowie nawet najbardziej czarne scenariusze i wiesz co? Okazuje się, że nawet te najgorsze nie są wcale straszne. Ktoś na mnie krzyknie, ktoś zwróci mi uwagę, że popełniłam błąd, czeka mnie sesja poprawkowa, pokłócę się z kimś, stracę pracę. Co wtedy? Poprawię błąd, przeproszę tę osobę, zmienię pracę. Brzmi strasznie? Nie, świat się nie skończy, a nutella dalej będzie na sklepowych półkach. Zresztą skoro prawdopodobieństwo, że faktycznie dojdzie do którejś z sytuacji jest bardzo małe, można spokojnie zacząć martwić się dopiero gdy faktycznie nadejdzie ten armagedon.

Racjonalne wytłumaczenie sobie najgorszych rozwiązań daje mi poczucie kontroli nad sytuacją. Kiedy nazwę i przyznam się sama przed sobą jakie mogą być zakończenia sytuacji, okazuje się, że zazwyczaj nie jest to nic strasznego, a stres  powstaje bez żadnej podstawy. Niedokończone scenariusze zawsze mają w sobie nutkę grozy i niepewności. Odtwarzając w głowie nowe sytuacje z rozmachem scenarzysty dorzucamy do nich kolejne wątki, które prawdopodobnie zobaczymy tylko na ekranach telewizorów w TVN-owskiej telenoweli. I niech tak zostanie. Serialowe rozwiązania w życiu nigdy się nie sprawdzają 😉 

Zdjęcie wykonała wspaniała Paulina Studzińska z Paulina Studzińska fotografia <3 


Dołącz do mnie w społecznościówkach.
Pokazuję tam smaczki ze swojego życia. Szkoda to przegapić. 

INSTAGRAM 

FACEBOOK

  • Oj tak! Zdecydowanie znalezienie przyczyny stresu pomaga! Choć ja z tych co przejmują się tym, na co mają wpływ. Raczej nie tworzę czarnych scenariuszy, co nie znaczy że widzę tylko dobre strony. :-)Kiedy denerwuję się jakąś sytuacją zadaje sobie dwa pytania:
    1. Czy to „coś” będzie rzutowało w przyszłości na całe moje życie? Czy będzie miało chwilowe znaczenie a później wszyscy o tym zapomną? Łącznie ze mną. 😉
    2. No i tak ja pisałaś. Szukam przyczyny. Czego się boję i dlaczego się tego boję?

    Mi pomaga. 😉 Zresztą tak jak piszesz, nasz strach często jest wyimaginowany. Najczęściej nasze czarne scenariusze się nie sprawdzają. 🙂

    • Dorzucam drugie pytanie do swojej listy. Ciekawa sugestia. Faktycznie czasami umieramy z przerażenia na myśl o wydarzeniach które jutro znikną z naszej pamięci. Czasami przeżywam takie rozterki przed wrzuceniem zdjęcia czy grafiki, a prawda jest tak, że zanim ja skończę się tym przejmować nikt już o tym nie pamięta.

  • Ja również ostatnio odkryłam tę złotą metodę: zapisz najczarniejszy scenariusz, co może się stać. I okazuje się, że on wcale nie jest taki straszny! 🙂 <3

    • Prawda? No nie mam zielonego pojęcia dlaczego tak bardzo boimy się rzeczy, które prawdopodobnie nigdy nie będą miały miejsca. Zazwyczaj nasze najgorsze scenariusze, to małe piwo 😀

      • Tak działa nasz mózg. 🙂 Jest w nim taki element co „włącza” strach w każdej nowej dla niego sytuacji. Uciekaj albo walcz!

        • Tak, ale problem tkwi w tym, że czasami można stresować się też czymś co wydarzyło się już wiele razy. Odczuwanie stresu przed wszystkim i w każdej sytuacji nie jest normalne 🙂

  • Marta

    Zawsze byłam osobą, która nadmiernie stresuje się wszystkimi i wszystkim. I mimo wielu przeczytanych książek (ostatnio „Magia olewania”), a nawet terapii, wciąż nie potrafię niektórych stresowych reakcji pokonać. Nie chodzi nawet o czarne scenariusze, bo oduczyłam się o nich myśleć, ale o reakcje na realne sytuacje, np. Branie krytyki bardzo bardzo serio. O walce ze stresem powinno się mówić więcej, zanim pojawia się jego nieprzyjemne zdrowotne konsekwencje! Twój sposób na czarny scenariusz genialny w swej prostocie :). Mam nadzieję, że kolejne miesiące będą wolne od wszelkich zmartwień! Chociaż ostatnio usłyszałam, że im dalej w las tym więcej… stresu :D. Czyli że jednak jesteśmy skazani na to by stresować się całe życie?

    • Stres jest bardzo lekceważony. Często w ogłoszeniach o pracę pojawia się wymóg „odporność na stres”, ale mało mówi się jak sobie z tym radzić. Ostatnio byłam na konferencji w Gdyni i tam jeden z prelegentów mówił, że oduczył się reagować stresem na to, co dzieje się dookoła. Także jest dla nas szansa 🙂 Krytyka to też ważny temat do przerobienia. Też czasami za bardzo biorę ją do siebie. Zadbamy o to, żebyś przez kolejne miesiące nie musiała się stresować 😀

  • Jul

    O Kochana, ja mam bardzo podobnie z tym przejmowaniem się i stresowaniem, łączę się więc w bólu 🙂 Faktycznie wyobrażenie sobie najgorszego scenariusza sprawia, że łatwiej uświadomić sobie bezsensowność swojego panikowania, aczkolwiek mój mózg nie zawsze chce reagować na logiczne argumenty… i bądź tu babo mądra 😉

    • Mój też strajkuje, ale warto próbować. Za którymś razem zaskoczy 🙂 Czasami sama się śmieję z tego jakie wizje układam w głowie. Niejeden scenariusz by na tej podstawie mógł powstać 🙂

  • Pingback: Food&Health Conference – zdrowie to nuda? – relacja | lekka przesada()

  • Magdalena Data-Urban

    Bardzo dobry wpis 🙂 daje wskazówki, że stres nie zawsze jest dobrym doradcą 🙂

    Pozdrawiam 🙂
    http://krzykliwamaruda.pl

    • Dziękuję 🙂 Stres jeśli nie działa mobilizująco jest raczej szkodliwy niż pożyteczny 🙂

  • Wyluzowany niewyluzowanego nie zrozumie 😉
    Może te czarne wizje nie są takie złe – przeżyjesz to w głowie, nie musisz już przeżywać tego naprawdę 🙂

  • pani Mondro

    stres potrafi człowiekowi rozwalić życie, oj potrafi… ja mam swoją metodę, kiedy zaczyna mnie atakować panika, ja śpiewam sobie w myślach „jest super, jest super, więc o co ci chodzi” i tak mendze i jęczę w myślach, aż w końcu przechodzi… zaznaczam jednak, że nie znoszę tej piosenki:P

  • Tzw. „hormony stresu” sprawiają, że szybko i skutecznie możemy podjąć odpowiednie działania. Najwięcej szkód w organizmie powoduje długotrwały stres. I to z nim trzeba umieć sobie radzić. W jaki sposób? Tu każdy musi wypracować swoją metodę, nie ma jednej uniwersalnej. Wiem tylko, że najlepiej za bardzo nie analizować. Mózg ludzki cały czas pracuje „w tle” i potrafi sam rozwiązywać różne problemy, gdy mu w tym nie przeszkadzamy.

    • Mam wrażenie, że to nadmierne analizowanie jest problemem większości kobiet. Czasami czuję jakby przez mój mózg przebiegało głośno galopując wielkie stado myśli. Ciężko to wyciszyć, ale trzeba próbować. Tak jak mówisz, mózg sam dobiera rozwiązania dla problemu, ale musi dostać przyzwolenie do działania 😉

  • Ja mam troszkę inaczej ze stresem, nie to, że go nie odczuwam, bo każdy czuje presję, ale podchodzę do niego bardziej biologicznie. Mózg nie umie póki co inaczej reagować, bo „tak go nauczyłam”. Połączenie neuronalne takiej a nie innej reakcji (w tym wypadku generujące stres) są bardzo silne, i nie zmieni się ich ot tak – bo coś jednorazowo się postanowi, bo przemówi się do siebie, bo zapisze się coś na kartce. Odstresowywanie to proces, dość zresztą szybki, jeśli sumiennie przyłożymy się do niego. Ja nie wymyślam najgorszego scenariusza, by przestać się bać, nie spisuję nic na kartkach, ale… szukam w stresującej sytuacji to, co lubię/uwielbiam/co jest moją pasją. Przykład: wiem, że mam dać przemówienie, to wcześniej dokładniej opracowuję sobie plan wypowiedzi, szykuję ubranie, logicznie układam prezentację, a potem odchodzę od tego wszystkiego i daję czas na przemyślenie wszystkiego. Na chwilę przed wystąpieniem patrzę na ludzi, czasem kamery, i „TAK, chcę to robić, KOCHAM TO!”. A co do codziennych sytuacji – również i ten turpizm codzienności pokochałam.

    • Ciekawie tłumaczysz ten zawiły proces. Nie z każdej stresującej sytuacji umiem wyciągać pozytywy, ale zaintrygowałaś mnie tą tak odmienną od mojej metodą. Wypróbuję je jako alternatywne rozwiązanie. Dziękuję za ten komentarz 🙂

  • I na mnie nie działa „weź wyluzuj” albo „uspokój się”. Mam tak teraz najczęściej przy dzieciach – czasem jestem zestresowana, zdenerwowana, ale nikt z otoczenia jakby nie daje mi przyzwolenia na złość czy gorsze samopoczucie, bo przecież mam dzieci i muszę dawać radę – dla nich, dla siebie, whatever. (rozumieją mnie jedynie inne młode mamy, które mają ten sam problem, co ja) Grr, a jak już usłyszałam od męża, kiedy miałam zanik laktacji w 7. miesiącu karmienia córy, że powinnam się zrelaksować, a nie stresować tym wszystkim, bo to przez nerwy pokarm mi zanika i to w sumie moja wina, to myślałam, że go kopnę! 😛 Relaks faktycznie podziałał, ale nie na zasadzie „oka, to teraz luzuję, skoro tak mi powiedziałeś”, ale spacer, wietrzenie głowy, potem napój gazowany, na który miałam nagłą, silną ochotę (a nie piłam go od dobrego roku albo więcej). I „samo” przyszło.
    Metoda, o której piszesz, faktycznie działa – kiedyś marudziłam na syna, gdy chciał np. malować na stoliku – bałam się, że pobrudzi albo coś… Albo jak sok chciał sam nalać – że wyleje itp…. Kiedyś zadałam sobie to pytanie: a co by się stało, gdyby… to się stało? Wysnucie najgorszego wg mnie scenariusza niejako przygotowało mnie na tę ewentualność. I gdy faktycznie synek rozlał picie, mnie to nie zdziwiło. Nie zaskoczyło. Nie zdenerwowało. Bo przecież założyłam, że może tak być. Że wystarczy tylko zetrzeć. I będzie spokój.

    Trzymam kciuki, żeby było tak jak najczęściej – że spokój przyjdzie szybko 😉

    • Przy dzieciach trudno wyluzować, zwłaszcza kiedy musisz myśleć nie tylko o sobie, ale też o maluchu. Podziwiam za cierpliwość, ja bym chyba kopnęła tego męża 😉 Dobry przykład z sokiem. To nic strasznego, gdy dziecko coś rozleje albo się ubrudzi, ale większość mam panicznie się tego boi, zupełnie jakby pociecha miała włożyć rękę do ognia, Rozumiem, trzeba posprzątać, przebrać, ale chyba lepsze to niż odczuwanie stresu przed całą sytuacją. Życzę Ci spokoju na co dzień 🙂

      • Dokładnie. Czasem problem jest w naszej głowie wyolbrzymiony. Jakby ta plama od soku była nie wiem czym strasznym… A to po prostu… plama… 😉 Ale trzeba ją wcześniej odczarować, żeby nie miała takiej złowróżebnej siły… 😉

        Dziękuję Ci bardzo 🙂
        Wzajemnie!

  • Dziękuję bardzo za wskazówkę o kursie. Zgłębię temat i chętnie zajrzę na Twojego bloga, czuję, że znajdę tam coś dla siebie 🙂 Pozdrawiam!

  • Pingback: Nie daj się zjeść, czyli uważność a stres()

  • Pytanie: „Co najgorszego może się stać” wydaje mi się jednym z najlepszych sposobów na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Problem jednak polega na tym, że często brakuje kolejnego pytania. Bo jeśli ktoś odpowie, że: „Najgorsze, co może się stać, to X”, to często warto zapytać, czy to X jest naprawdę takie straszne. Okazuje się bowiem, że boimy się rzeczy, które tak naprawdę nie są przerażające, jeśli rozebrać je na czynniki pierwsze. I wówczas warto samemu drążyć i samego siebie pytać: „Co jeśli X się zdarzy?”. Jeśli przerobisz najtrudniejszy scenariusz, to i z najlepszym sobie poradzisz 🙂

    • Tak, to uzupełnienie pytania jest bardzo dobre. Dorzucę je do swojej analizy. Rozbicie problemu na mniejsze części, czyli zjadanie słonia po kawałku, zawsze ułatwia sprawę. Wtedy potwór przestaje być taki straszny 🙂