in punkt zwrotny - rozwój i myślenie

Lustro Cię akceptuje, a czy Ty akceptujesz siebie?

akceptujeszsiebie

Zajęcia z filozofii na studiach, to pewnego rodzaju wyzwanie. Szczególnie jeśli odbywają się w połowie tygodnia, o godzinie osiemnastej. Jedyna filozofia, z jaką chciałbyś mieć wtedy do czynienia to hedonizm, czyli oddanie się przyjemnościom.

Tymczasem zamiast w przytulnym pokoju na wygodnym łóżku jesteś w za małej sali na niewygodnym krześle, a Twój co najmniej sześćdziesięcioletni wykładowca, przemawia natchniony jakąś niezrozumiałą wizją. Dodatkowo, w akcie desperackiej próby odmłodzenia się, nadużywa przy tym, fajnego młodzieżowego slangu, co pięć sekund dorzucając do swej wypowiedzi słowa w „necie”, „spoko”, „elo”. Wątek gubisz, zanim zdążysz go złapać, a wywód trwa i trwa jak reklama w polsacie. W całej tej niedającej się wysłuchać paplaninie pada coś, co skłania do myślenia. Pozwolę sobie przytoczyć, w ocenzurowanej od spokosłów wersji.

Kiedy podchodzisz do lustra, lustro na Ciebie nie krzyczy. Nie mówi: jesteś brzydka, nie mogę na Ciebie patrzeć, odejdź stąd. Lustro widzi Cię wiele razy w ciągu dnia i nie pęka. Lustro Cię akceptuje

Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, to jest w tym jakiś sens. Lustro Cię akceptuje, a czy Ty akceptujesz siebie? Patrząc obiektywnie, lustro nie ma wyjścia, chyba że sobie pęknie, ale o tym słyszy się raczej rzadko. Ludzie? Na ludziach świat się nie kończy. Są jeszcze wszystkie inne stworzonka, kotki, pieski, świnki morskie. Świat też na Ciebie patrzy. Skoro to czytasz, znaczy to, że  się Ciebie nie pozbył, czyli Cię akceptuje.

A co z Tobą? Kiedy ostatnio powiedziałeś całkowicie szczerze. Lubię siebie. Dobrze wyglądam. Mam ładne włosy. Może uważasz, że lubię to za dużo powiedzieć, dobrze, możesz je zamienić na neutralne, akceptuję siebie. To teraz w drugą stronę. Kiedy ostatnio nie skrytykowałeś swojego wyglądu? Nie liczyłeś zmarszczek, piegów, czy wyskakujących wyprysków. Robisz to codziennie? Świetnie. Codziennie narzekasz? Fatalnie. Masz dwa wyjścia. Opcja numer jeden: pora się przyzwyczaić. Opcja numer dwa: najwyższy czas spojrzeć na sprawę inaczej. Pomyślałeś kiedyś, że ten odstający nos, szopa na głowie albo piegi dodają Ci uroku? Są czymś, co ludzie z Tobą kojarzą, pozytywnie kojarzą?

Całe życie moje włosy grają ze mną w zgaduj-zgadula. Każdego ranka, kiedy się budzę i patrzę w lustro, krzyczą „Niespodzianka! Oto Twoja niepowtarzalna fryzura na dziś!” Pół życia spinałam je w ciasnego koka, na ulizaną krowę, i podpinałam milionem wsuwek. Z czasem zaczęłam się z nimi oswajać i stopniowo przyzwyczajać do tego nierównego układu sił. Dla odmiany, kiedy pojawiam się w prostych włosach, ludzie z ogormnym zdziwieniem pytają „Gdzie Twoje loczki?! Coś Ty z nimi zrobiła”. Podobno dzięki nim nigdy nie wyglądam tak samo. Zawsze jest we mnie coś świeżego, niepowtarzalnego. Nigdy tak na to nie patrzyłam.

Skoro nie możemy pokonać naszych słabości, dlaczego nie spróbujemy zrobić z nich atutów?

Jeszcze jedno, nie wszyscy zwracają uwagę na Twoje braki i niedociągnięcia. O Twoich rozczochranych włosach czy przekrzywionym w lewą stronę nosie nie rozmawia cała uczelnia. Rektor nie daje ogłoszenia przez radiowęzeł, a lokalne gazety nie napiszą o tym na pierwszej stronie. Inni tego nie widzą i akceptują, a jeśli nie, to prawdopodobnie i tak Ci o tym nie powiedzą. Czym więc się przejmować?

Może najwyższa pora, żebyś i Ty zaakceptował sam siebie?

 

Share: